Pożegnanie z ASPĄ



Tak trudno nam powiedzieć dość i inną miłość przeczuć
Jest cisza jako trzeci gość w nasz pożegnalny wieczór.
- Cisza Jak Ta - Pożegnalny wieczór.




Wszystko co się zaczęło kiedyś musi się zakończyć. Jak to śpiewała Anna Jantar "Nic nie może przecież wiecznie trwać".
Ten dzień kiedyś musiał nadejść, pomimo iż odwlekaliśmy decyzję o ostatnim wyjeździe na monitoring. Najlepsze warunki pogodowe zapowiadały się na niedzielę i tak też zostało.
Pobudka wcześnie rano, ponieważ plan zakładał wyjazd o 5:30. Jak wiadomo plan planem, a rzeczywistość swoją drogą, zatem wyjechaliśmy nieco ponad pół godziny później. Ale najwidoczniej tak być musiało.


Obawy jakie się w nas rodziły tyczyły się jedynie podjazdu w Dolinie Wróbla. Wzniesienie niewielkie wydawać by się mogło, lecz dość strome w podjeździe. Nie raz już się przekonaliśmy, że potrafi nie dopuścić nas do lodowca. Z racji że spadło trochę świeżego śniegu istniała obawa, że i tym razem nie damy rady. Ale wszystko poszło bardzo gładko, bez żadnych problemów pokonaliśmy podjazd i ruszyliśmy w dalszą drogę.


Na zjeździe z lodowca przy Sphinksie mieliśmy pierwszą ciekawą obserwację. Nad naszymi głowami spokojnie przeleciało stado kilkunastu petreli śnieżnych. Przepiękny widok, a i dla nas niecodzienny w takiej ilości białych, pięknych arystokratów Antarktyki.


Monitoring rozpoczęliśmy na Patelni. Największy z haremów wciąż w szczycie rozwoju. Doliczyliśmy się ponad stu młodych, a to pewnie nie koniec. Liczenie słoni nie jest w takim haremie prostym zadaniem. Zauważyć trzeba, że na plaży leży obecnie około 300 słoni w różnym wieku, różnych też gabarytów. Ułatwimy sobie zadanie fotografując stado z pobliskich wzniesień, tak by widoczny był cały harem. Następnie na spokojnie w bazie liczymy słonie. Oczywiście robimy to także na miejscu, ale nie zawsze udaje się doliczyć wszystkich osobników, szczególnie młodych, a przecież o to chodzi najbardziej.


A słonie, jak to one. Kabaret głupich min trwa w najlepsze. Cudowne stworzenia mimo trudnych charakterów. Wyobraźcie sobie że bezwstydnie pierdzą, beczą, bekają, wydają mnóstwo trudnych do opisania dźwięków, a mimo to nie da się nie lubić tych wielkich ciemnych oczu wpatrzonych w ciebie. A młode to już w ogóle zniewalają. Małe, czarne kluchy leżące sobie na plaży, człowiek nie ma ochoty opuszczać takiego miejsca. 


Prócz wielkiego, na plażach Patelni jest także kilka mniejszych haremów. Wszystkie odwiedzone, a zastane słonie skrupulatnie policzone i zapisane. Na plaży od strony Lodowca Windy prócz słoni obserwować mogliśmy duże stado mew południowych. Kilkadziesiąt ptaków żerowało lub odpoczywało na brzegu. Dla mnie szczególna obserwacja, ponieważ stado składało się z ptaków w różnym wieku. Wśród nich były osobniki dorosłe i młodociane, więc można było napatrzeć się na różne szaty, czyli upierzenia w danym okresie życia. Cenna obserwacja, choćby ze względu na to, że mewy to grupa ptaków dość trudna w obserwacji, rozpoznawaniu i wiekowaniu. W Polsce mamy zdecydowanie więcej gatunków, a czasem niektóre z nich jeszcze się między sobą krzyżują. W Antarktyce jest prościej, generalnie występuje jeden gatunek, więc obserwacja go w różnych stadiach rozwoju upierzenia to świetny trening.


Pogoda niewątpliwie nam dopisywała. Ciepło, bezwietrznie, a wręcz słonecznie, aż dziwnie jak na Antarktykę. Dopisywały także obserwacje. Ewa podeszła do mnie gdy fotografowałem parę wydrzyków i oznajmiła, że na brzeg przy lodowcu właśnie wyszła foka Weddella z młodym. Serce zadrżało i już po chwili byliśmy w drodze do miejsca wylegiwania się fok. Nie bez powodu tyle emocji ta informacja sprawiła. To nasze pierwsza i jednocześnie ostatnia możliwość zobaczenia młodej foki Weddella w Antarktyce. Gatunek ten szczeni się na Wyspie Króla Jerzego nieregularnie, a zatem bardzo raduje taka obserwacja. A foki niewiele robiły sobie z naszej obecności. Młoda była w trakcie posiłku, czasem tylko się od niego odrywała i spoglądała na nas obracając się przy tym na plecy. Fantastycznie to wyglądało i tylko dla tej obserwacji było warto wstawać tak wcześnie, a przecież to był dopiero poranek.



Za sprawą obserwacji foki Weddella przewidywany czas poświęcony na ten odcinek plaży wydłużył się o drugie tyle. Ale co tam, kto by się tym przejmował w taki dzień. Trudno było opuszczać to miejsce gdzie teraz dzieje się najwięcej i najciekawiej. Jednak monitoring przewiduje odwiedzenie wszystkich odcinków plaż, zatem po ponad trzech godzinach musieliśmy ruszać dalej.



Przejazd skuterami śnieżnymi na Blue Dyke nie sprawił większego problemu. Nie pamiętam kiedy byłem tu ostatni raz, zapewne było to kilka miesięcy temu. Monitoringu zimą dzieliliśmy i zazwyczaj przypadał mi do pokonania odcinek na Copie. Zupełnie odwrotnie niż działo się to w sezonie letnim. Dlatego też bardzo mi zależało aby dziś odwiedzić wszystkie miejsca które monitorujemy, ostatni raz podziwiając te cudowne okolice i zwierzęta z nimi związane. 


Dziś na Blue Dyke III można powiedzieć że pustki. Na samym początku niewielki harem słoni a później już tylko śnieg i lód. Latem to miejsce tętni życiem, można tu obserwować ponad 100 dorosłych słoni. Przynajmniej za naszego wizytowania tak było, że słonie leżały sobie spokojnie pod tutejszymi skałkami. Zimą chyba jest jednak inaczej. Za to na Blue Dyke II dość intensywnie. Ostatnie widziane narodziny małego słonia i wciąż tak niezmiennie zachwyca ten moment przyjścia na świat. Na tym odcinku plaży zlokalizowane są 3 niewielkie haremy. Prócz słoni obserwowaliśmy kilka uchatek. Przechodząc przez plażę przypomniałem sobie moje pierwsze spotkanie z uchatką. Mijałem dokładnie to miejsce w którym prawie wszedłem na zwierzaka imitującego kamień. Po roku pobytu tutaj już bez trudu rozpoznaję gdzie leżą uchatki.


Blue Dyke I świecił pustką, zaledwie 3 uchatki, a jeszcze gorzej było na Uchatce. Ciekawe skąd pomysł na taką nazwę tego odcinka plaży. Może ponad 40 lat temu faktycznie uchatki tu dominowały, dziś natomiast świecił pustką ten odcinek plaży.
Demey czyli tak naprawdę Paradise Cove to obserwacja porządnej słoniowej rodziny. Samiec, samica i mody. Tyle, trudno to haremem nazwać, obok leżących kilka uchatek.
Spędziliśmy tu dłuższą chwilę, żegnając się z Demayem, domkiem i całym otoczeniem. Sporo wspomnień, kilka razy przecież tu utknąłem w złą pogodę. Wielokrotnie także korzystaliśmy z domku planowo podczas monitoringów. Z tego miejsca także dwukrotnie widziałem Półwysep Antarktyczny. 


Pokonaliśmy przełęcz i dalej już tylko w dół na Baranowskiego. Podzieliliśmy mnitoring, ja w lewo, Ewa w prawo, a Gośka i Marek swoją drogą zrobić zdjęcia stanowisk gruzowych. Do pokonania miałem sporą zaspę śniegu aby sprawdzić czy oby za nią nie leżą uchatki. Przy brzegu co chwila latały warcabniki, a po chwili zobaczyłem że kilka tych ptaków siedzi na pobliskich skałkach Block Point. Idąc dalej pod górkę usypaną ze śniegu zobaczyłem leżące na nim kolejne cztery ptaki. Zatrzymałem się na dłużej by je poobserwować. A za górką faktycznie leżały uchatki, dość dużo jak na dzisiejszy monitoring, bo aż 9. Wraz z nimi na plaży wypoczywał samotny słoń.
A gdybym poszedł w prawo napotkał bym na krabojada. A że mam niedosyt tych fok to wybrałem się jeszcze na moment do niego. Jakoś niewiele tej zimy ich zawitało w okolice naszej stacji, a podobno były lata gdy liczyło się je w tysiącach.


Dalszy odcinek do Sphinxs, gdzie leżał tylko jeden słoń. Pod wzniesieniem o nazwie z której wzięło się określenie całego odcinka zostawiliśmy skutery i dalej piechotą udaliśmy się na Llano Point, czyli dla nas odcinek bardziej znany jako Copa. Po drodze podziwialiśmy tysiące pingwinów, zarówno tych na lądzie (tym razem plaża nie była pusta) jak i wracających z żerowania. Towarzyszyły nam w tej wędrówce pochwodzioby. Szczególnie trzy ptaki upodobały sobie nasze towarzystwo, przy tym przeganiając się wzajemnie i przybierając dziwne pozy. Przesympatyczne ptaki i nawet to, że na stacji potrafiły mnie budzić zdecydowanie za wcześnie biegając po dachu nie przeszkadza w sympatii do nich.


Powrót na bazę był spokojny, jeszcze tylko po drodze, już po naszej stronie Lodowca Ekologii spojrzenie na plażę i wyszukiwanie ewentualnie leżących na niej płetw. Tym razem tylko jedna foka Weddella. Cała trasa zajęła nam niewiele więcej niż to zakładałem, więc każdy z zadowoleniem mógł odnotować sukces tego dnia.


Ale dzień się nie skończył i zaraz po powrocie dowiedzieliśmy się, że będzie dziś wizytował nas śmigłowiec z Chilijskiej bazy Frei. Przywiózł nam pocztę i odebrał tą od nas. A dodatkowo śmigłem przyleciała niemiecka ekipa filmowa, która kręci dokument o Antarktyce. Nagrywali oni fragment z przekazaniem poczty i przypadkiem dość na to nagranie się załapałem. Nie ma to jak robić za mistrza drugiego planu, tym razem jednak bez głupich min.


Tak właśnie minął ostatni monitoring, ostatnie wizytowanie ASPA 128, ostatnie chwile wśród rodzących się słoni. Piękny to był czas i minął szybko wbrew pozorom że to aż rok. Wszystko co było nam rok temu obce i niedostępne przez ten czas stało sie tak bliskie. Stało się w pewnym sensie cząstką nas samych, tak jak i my sami staliśmy się cząstką tego miejsca.


Piękny rok pełen doświadczeń i coś zakuło głęboko w środku na myśl o opuszczeniu tego miejsca, na myśl, że to już koniec. W piątek przypływa statek, kilka dni rozładunku i w drogę. Właśnie, ruszać trzeba dalej, kolejne doznania przed nami. A w sercu zostanie Antarktyka. Ten wieczór jest niczym cytat rozpoczynający. Cisza! Mam słuchawki na uszach ale w nich głucho, muzyka by tylko przeszkadzała. Założyłem je raczej po to by wygłuszyć hałasy stacji. W głowie mam głosy zwierzaków z dnia dzisiejszego, a to obecnie najlepsza melodia. Poza tym cisza. Za oknem też spokojnie i cicho. Tak żegna się z nami Antarktyka, przynajmniej w tym wydaniu monitoringowym.


Antarktyko!
Dziękuję Ci za wszystko to tragiczne i zabawne
Co nam kazało ściszać głos i mówić sobie prawdę
Albo nie mówić nic w południa najleniwsze
Dziękuje Ci za wszystkie dni od innych dni szczęśliwsze*


* Cisza Jak Ta - Pożegnalny wieczór.


Komentarze