Na tym szczeblu życie dopiero jest coś warte, gdy człowiek piękno samo w sobie ogląda.- Platon
Taki dzień wypatrywany
był od dawna, zatem nie dziwiło że każdy spoglądał codziennie na prognozy.
Kiedy tylko na tablicy pojawił się zielony kolor oznajmiający słaby wiatr,
każdy obserwował z zaciekawieniem jak to się przełoży na całość warunków.
Bezwietrzny weekend trzeba dobrze wykorzystać, przecież to jeden z ostatnich weekendów
w Antarktyce.
Plan był nieco inny niż rzeczywistość która w efekcie nastała. Pod koniec tygodnia przyszło polecenie sprawdzenia i przestawienia fotopułapek. Z racji że dobre warunki wypadały właśnie w weekend, na ten czas ustalono wyjazd na Patelnię i Uchatkę by wykonać to zadanie. Nie powiem bym chętnie rezygnował z pierwotnych planów. Część ekipy pojechała w weekend po Czajkowski Needle, aby tam spędzić aktywnie sobotę, reszta ruszyła do pracy. Zanim zawieźliśmy pierwszą grupę pod Czajkowskiego, wróciliśmy na stację po grupę pracującą i dotarliśmy ponownie na Lodowiec Ekologii warunki pogodowe zmieniły się diametralnie. Wciąż nie wiało jakoś bardzo co ułatwiało wiele dzisiejszego dnia, nie mniej widoczność z kilku kilometrów spadła do kilkunastu metrów.
Kolejny raz sytuację ratowała wyznaczona na gps-ie trasa której się trzymaliśmy w drodze na Patelnię. Dojechać udało się tam bez większych problemów, choć także bez widoczności na kopule lodowca. Na samej plaży było już dużo lepiej, warunki pogodowe doskonałe. Na plażach mnóstwo uchatek, choć jeszcze kilkanaście lat temu o tej porze roku zwierzaki te były rzadkością. Harem słoni morskich mocno się rozrósł i dziś liczy już kilkadziesiąt samic. Póki co to jedyny harem, ale wciąż czekamy na powstanie kolejnych. Na niebie, jak również na ziemi, głównie wokół słoni mnóstwo ptaków. Szybujące w powietrzu warcabniki, fulmary południowe, rybitwy, petrele śnieżne, jak również szukające okazji do zjedzenia czegoś, przechadzające się pośród słoni pochwodzioby, mewy południowe, petrelce olbrzymie. Nie zabrakło również pingwinów, a one jak to one, spokojnie sobie stały na brzegu, lub maszerowały w tylko sobie znanym kierunki i celu. Co chwilę któryś się przewrócił, inny zaczął ślizgać się na brzuchu, kolejne dwa pokłóciły się dla zasady. Pocieszne ptaszory trzeba przyznać.
Pośród słoni nie dało się nie zauważyć wielu czarnych, niewielkich względem
cielsk osobników dorosłych słoniątek. Tak, to właśnie moment przychodzenia na
świat młodych słoni morskich. W haremie naliczyliśmy kilkanaście młodych, które
po urodzeniu mają czarną sierść i piękne wielkie ciemne oczyska. Spojrzałem na
jednego z malców, który był jeszcze mokry, ale już oczyszczony z łożyska.
Musiał się urodzić kilka godzin przed naszym przyjazdem. Po miejscu porodu w
zasadzie nie było już śladu. Młode z sobie tylko umianą perfekcją wydawały
przedziwne dźwięki przypominające bekanie, beczenie... nawet trudno to nazwać i
porównać. Taka słoniowa muzyka.
Zrobiło się jakieś chwilowe zamieszanie. Samice zaczęły się przeganiać między sobą. Po chwili kolega będący najbliżej całego zdarzenia spogląda na nas i woła:
- tam za samicą, urodził się młody!
Dokonało się! Narodziny małego słonia morskiego są dość... szybkie. Spodziewałem się dłuższej akcji porodowej, a tu kilka ruchów chwila zamieszania i młody na świecie. Szybkość tego zjawiska zaskoczyła wszystkich. Wielkie, ciemne, nieco zdziwione oczy spojrzały pierwszy raz na świat. Młody szybko zaczął wydawać z siebie dźwięki nawołujące matkę. Ta jednak za nic miała wołanie, najwidoczniej potrzebowała chwilę wytchnienia i oczekiwała na to, aż młody sam podejdzie do niej.
Na miejscu porodu bardzo szybko zjawiły się
pochwodzioby. Zazwyczaj idealnie białe i zlewające się z otoczeniem, dziś całe brudne
od odchodów słoni, oraz krwi. Zaczęły całym stadem liczącym ponad trzydzieści
ptaków zajmować się urodzonym wraz z młodym łożyskiem. Patrząc na nie odniosłem
wrażenie, że niczym na sali porodowej pielęgniarki w białych fartuchach
pielęgnują dziecko i matkę, tak pochwodzioby zajmowały się tutejszą porodówką. Różnica
w tej wizji jest tylko taka, że położnych tu nie trzeba, a ptaki interesowało
tylko co mogą wygrzebać z łożyska i zjeść.
Chciało by się cały dzień
spędzić w tym miejscu i obserwować te piękne momenty, niestety ale wzywała
praca. Ruszyliśmy do fotopułapek celem wykonania zleconych zadań. Przy stadzie
pozostał jedynie Marek, który na potrzeby swego filmu nagrywał całe stado słoni
leniwie leżących na plaży. Po pewnym czasie słyszymy wołanie na radiu.
Odpowiadam niezwłocznie i w odpowiedzi otrzymuję informację, że właśnie na
świat przyszedł kolejny młody.
Zdecydowanie trafiliśmy w
bardzo dobry moment, może nawet najlepszy w jakim mogliśmy być w tym miejscu.
Antarktyczna porodówka zapełniała się młodymi słoniami, a my mogliśmy z uwagą,
zachwytem i przyjemnością oglądać ten widok. Taki maluch po urodzeniu waży
około 30 kg i z każdym dniem przybiera na wadze kolejnych kilka kilo. Musi
szybko dorosnąć, gdyż po zaledwie kilku tygodniach życia przestaje być karmiony
przez matkę. Co więcej samica je wtedy opuszcza i młode słonie od tego momentu
radzić sobie w życiu muszą same.
Niechętnie opuszczamy Patelnię i kierujemy się na Uchatkę, po drodze także odwiedzając pozostałe odcinki plaż i licząc płetwonogie. Zaznacza się duża ilość uchatek na każdym z odcinków. Póki co brak jednoznacznych słoniowych haremów, ale może jeszcze ulegnie to zmianie w najbliższych tygodniach. Na Uchatce kończymy zadanie, jednak z trudem wydostajemy się stamtąd skuterami. Podjazd okazuje się na tyle śliski, że maszyny trzeba wypychać pod górę. Na szczęście nie trwa to tyle, co kilka tygodni wcześniej pod Lodowcem Windy. Po wywołaniu pierwszej ekipy dowiadujemy się, że ci są już na bazie. Zatem ze spokojem wracamy przez lodowiec w pięknej scenerii zachodzącego słońca. Tylko rozwiewa się coraz to bardziej, ale przecież w ten dzień zrobiliśmy wszystko co chcieliśmy, a nawet i więcej.
Wieczorem docieramy na
bazę, zmęczeni ale w pełni zadowoleni dzisiejszym dniem, bo jak tu nie być
zadowolonym z jednego z najpiękniejszych spektakli natury... narodzin.


















Komentarze
Prześlij komentarz