Monitoringowe powroty



Zawsze trzeba podejmować ryzyko. Tylko wtedy uda nam się pojąć, jak wielkim cudem jest życie, gdy będziemy gotowi przyjąć niespodzianki, jakie niesie nam los.
Paulo Coelho 






Ostatnie dni, a nawet całe tygodnie to pasmo niekończącej się złej pogody. Zdarzają się i owszem krótkie okna pogodowe, trwające kilka godzin. Trudno jednak trafić na cały dzień dobrej pogody, bo gdy już przestaje wiać to przychodzi odwilż uniemożliwiająca wyruszenie w teren. Owszem na samej stacji jest także co robić, a wizja zbliżającego się końca wyprawy sprawia, że człowiek działa na nieco innych obrotach. Każdy chce zrobić jeszcze jak najwięcej z zaplanowanych rzeczy, zarówno tych stacyjnych, jak również prywatnych. Nadrzędnym jednak jest dla nas monitoring, zarówno ten hydrologiczny, jak i ekologiczny. 


Ostatnia próba wyjazdu celem wykonania liczeń ssaków, oraz zajrzenia na gruzowisko spełzła na niczym. Musieliśmy zawrócić ze względu na oblodzenie na zjeździe z Wendy, ale o tym pisałem w jednym z ostatnich postów. Cały miniony tydzień był na tyle wietrzny, że nie było szans na wyjazd w teren. Piątkowy poranek przyniósł chwilową zmianę pogody. Pojawiło się kilkugodzinne okno pogodowe, a wraz z nim szansa na wykonanie liczeń. Nikomu nie trzeba było powtarzać da razy że to jedyna możliwość. Kolejne dni wedle prognoz pogody, a sprawdzamy je przecież w kilku źródłach nie zapowiadały nic dobrego. 


Piątkowy poranek był bezwietrzny, o małym zachmurzeniu, bez opadów i lekko minusową temperaturą. Przynajmniej w teorii realna szansa na zobaczenie co dzieje się na plażach ASPA 128. Ruszyliśmy zaraz po śniadaniu, szybkie tankowanie skuterów, szykowanie sprzętu i w drogę. Pogoda miała nam sprzyjać do około godziny 15, a później miało się rozwiać. Zaledwie kilka godzin na przejechanie lodowca i policzenie wszystkich odcinków plaży. Wyjeżdżając ze stacji żegnało nam słońce i prawie bezchmurne niebo. Zanim dotarliśmy na lodowiec Ekologii warunki się nieco zmieniły, przybyło chmur i delikatnie zaczęło powiewać, jednak wciąż idealnie na wykonanie liczeń. Przejazd przez samą kopułę w kierunku Patelni to dotykanie chmur. Dosłownie! Zachmurzenie było tak nisko, że jechaliśmy pośród chmur, a momentami drugi ze skuterów nikł nam z oczu, mimo iż był kilkanaście metrów od nas. W takich warunkach dojechaliśmy na Patelnię, gdzie Ewa zaczęła liczenie kierując się na Demay. Pozostali ruszyli z powrotem na lodowiec, a docelowo pod Sphinxa. Pomyśleć że tydzień wcześniej podjazd na Windy był praktycznie niemożliwy i blisko dwie godziny zajęło nam wpychanie skutera na górę. Tym razem trasę tą pokonaliśmy w niespełna 3 minuty, bez żadnej trudności.


Pod Sphinxem zostałem wysadzony ja i bez zbędnej zwłoki ruszyłem liczyć wyznaczone odcinki plaży. Płetwonogich wciąż niewiele, ale to już zapowiadał widok na Patelni. Jeśli tam nie ma ssaków, to trudno ich dużej liczny szukać na innych odcinkach. Potwierdziło się to podczas liczenia. Pojedyncze uchatki, samotny słoń morski i tyle na kilku odcinkach plaży. Jednak dużo się działo w ptasim świecie. Mewy południowe zaczynają wracać w swoje rewiry lęgowe, a na plażach Copy przybywa pingwinów białobrewych. To właśnie tutaj dumnie zmierzały stada, które ostatnio przechodziły przez naszą stację. Jest to ich miejsce lęgów, na które od dziesiątek lat wracają niezmiennie. Ptaków było ponad 600, wiele z nich już zaczęło zajmować miejsca swoich grup lęgowych. Kolejna oznaka zbliżającego się końca zimy, zmian które następują w Antarktyce. Pośród pingwinów przechadzały się pochwodzioby szukając świeżego jedzenia w postaci pingwiniego guana. A nad głową krążyły petrelce olbrzymie, które także mają tu swoje rozrodcze kolonie, oraz petrele śnieżne jako znak jeszcze nam panującej zimy.


W takich warunkach wykonanie monitoringu nie stanowi żadnego problemy. Szybko i sprawnie każdy wykonał swój plan na dziś i mogliśmy spokojnie wrócić do bazy. A przynajmniej tak nam się wydawało, póki nie znaleźliśmy się na kopule lodowca. Padł nawet pomysł aby jechać pod Belweder, czyli wzniesienie na końcu zatoki Escura, z miejsca w którym się znajdowaliśmy skuterem przez lodowiec jakieś 20 minut drogi. Każdy przytaknął na tą propozycję, ja dodałem jedynie, że wedle prognoz mamy jakąś godzinę na całą operację. Prognoza prognozą a pogoda po swojemu. Nie ujechaliśmy 3 kilometrów jak zaczęło wiać na kopule lodowca do tego stopnia, że kilkuset kilogramowy skuter z trudem można było utrzymać w pożądanej pozycji. Widmo wywrócenia skuterów, a co za tym idzie także nas, praktyczny brak możliwości utrzymania się na nogach i wciąż pogarszające się warunki sprawiły, że szybko zweryfikowaliśmy nasze plany. Jedyny właściwy kierunek to droga do bazy i tak też się udaliśmy. Po dojeździe na Arctowskiego spojrzeliśmy na stacyjne meteo, które pokazywało wiatr wiejący z prędkością ok 35-45m/s, w porywach nawet blisko 50m/s.
Wiatr taki utrzymywał się aż do niedzielnego poranka, skutecznie uniemożliwiając działania na zewnątrz. Czas ten nie był jednak stracony, każdy znalazł zajęcie, a większość pochłonęły kolejne książkowe opowieści.


Niedziela do południa była słoneczna i bezwietrzna. Na brzegu sporo lodowego paku, a pośród niego wypoczywający lampart morski. Samica tego ssaka nic sobie nie robiła z naszej obecności, zatem z zachowaniem dystansu obserwowaliśmy jaj poczynania na lodzie. Dość ciekawą, komiczną wręcz sytuacją było to, że do drapieżnika podleciał pochwodziób, najwidoczniej szukający okazji do skonsumowania kupy lamparta. Jednak się przeliczył, gdyż guana nie było, za to lampart na widok biegającego wokół niego ptaka reagował dość panicznie. Zaczął się kręcić w kółko tak jak ptaszor biegał, a po chwili zmiana kierunku i w drugą stronę kółeczko. Pochwodziobowi zabawa ta szybko się znudziła i odleciał, a samica mogła spokojnie kontynuować drzemkę na lodzie.
Popołudniem się rozwiało ponownie, porywy sięgają 40m/s, a prognozowane są jeszcze większe. Woda na zatoce zaczęła pokazywać wysokie białe grzywy, idzie kolejna sztormowa pogoda, najbliższa poprawa za kilka dni. Nikt nie narzeka, każdy już przywykł do takich warunków. Cisza i brak wiatru nad Zatoką Admiralicji rodzi w sercu niepokój. Jest coś jeszcze, tak jak w Polsce ornitolodzy jadą w sztorm nad Bałtyk, tak i tu w złej pogodzie wypatrujemy szansy na ciekawe gatunki przywiane na nasze wybrzeże wraz ze sztormowym wiatrem.  



 

Komentarze