Gdzie są łódki? - czyli wspomnień czar!



Podróżowanie w swojej najczystszej istocie jest próbą zrozumienia życia nie zwyczajnie, ze znajomej perspektywy, ale z każdej. Chcąc je w pełni zrozumieć, musisz zobaczyć, jak wygląda w najbardziej ekstremalnej postaci, i posmakować całe.
- Andrew Bill 


Okolice stacji (Jedynka), widok na Urbanek Crag i Lodowiec Emerald.

Ostatnio było nieco wspomnień, zatem pociągnę dalej ten wątek. Dzisiejszy wpis jest kopią z prowadzonych zapisków w dzienniku. Owszem, prowadzę dziennik, podobnie jak i kilka innych osób. A przynajmniej staram się go prowadzić. Wielokrotnie słyszałem od różnych osób, abym to czynił, a później wydał książkę. Kusząca propozycja nie będę mówił że nie. Jednak pozwolę sobie zacytować ponownie Marka Kamińskiego: "Nie pisałem dzienników z myślą, że kiedykolwiek zostaną wydane. Pisanie było przygodą samą w sobie, jeszcze jedną wyprawą."
Uwaga techniczna, zdjęcie rozpoczynające post nie pochodzi z opisywanego dnia. Pozostałe jak najbardziej tak. Aby nikt nie miał wątpliwości.


Jest 13 kwietnia 2017 roku, 181 dzień wyprawy i 167 dzień na stacji. Poranek po wczorajszych medialnych przygodach przebiega dużo spokojniej. Za oknem siwa od przymrozku gleba, temperatura -4stC, około południa ma dotrzeć do około zera.
Przygotowujemy się do wyjścia na monitoring płetwonogich. Przed wyjściem w teren na szybko sprawdzam maila. Pośród kilku wiadomości w oczy rzuca się odpowiedź na moją wiadomość od kierowniczki pogotowia. Odczytuję ją w pośpiechu, a na mej twarzy pojawia się uśmiech.
- Dziękuję za wsparcie – myślę sobie w duchu.
Z uśmiechem wychodzę ze stacji i już kilka pierwszych kroków daje do zrozumienia, że nie będzie to łatwa wyprawa. Wiedziałem, że jest przymrozek, lecz nie przypuszczałem, że wszystko skute będzie cienką warstwą lodu. Odnoszę wrażenie, że przymrozki w Polsce inaczej przebiegają. Kamienie, same w sobie będące niestabilnym podłożem teraz nabrały jeszcze większego poślizgu. Trzeba będzie naprawdę ostrożnie po nich stąpać, aby dotrzeć całym i zdrowym do celu. Tuż za masztem na którym powiewa nasza flaga kolejna niespodzianka. Śpiąca sobie uchatka, zaledwie jakieś 15-20 metrów od wejścia do stacji. Ach ta Antarktyka, i jak jej nie podziwiać za takie widoki.
Ruszamy dalej, a na Ewy klikaczu pojawia się pierwsza cyfra 0001. To małe urządzenie ułatwia liczenie jednocześnie kilku gatunków, najczęściej korzystamy z niego do liczenia uchatek. Swobodnie sobie klikam na danym odcinku kolejne zaobserwowane zwierzęta, a później spoglądam na wynik. W tym samym czasie równie swobodnie mogę zapisywać obserwacje słoni morskich, gdzie określamy jeszcze wiek i płeć.


            Docieramy pod latarnię, na skałach za nią siedzą kormorany antarktyczne. Żadna to nowość, gdyż jest to jedno z ich ulubionych miejsc do odpoczynku w okolicy. Każdego dnia wyglądając przez okno z pomocą lornetki określam ich liczebność. Jest to tym bardziej ważne teraz, gdy od kwietnia notujemy wszystkie gatunki zimujące. Dziś jednak kormoranów jest wyjątkowo dużo, a może nie wyjątkowo, a takie liczebności dopiero się zaczynają? O tym przekonam się w najbliższych dniach, a może i miesiącach. Dzisiejsza liczba 34 ptaków zrobiła niewątpliwe wrażenie. Spoglądając na zatokę w mej głowie rodzi się niepokój. Nie wiało bardzo ostatnio, a przybój jest dość duży, momentami fale osiągają 1,5-2 metry. Najprawdopodobniej długie oceaniczne tzw. martwe fale wchodzą do Zatoki Admiralicji. Kiedy to się dzieje, faktycznie jest problem z dużym przybojem. Obserwując rozbijające się o brzeg fale ruszamy dalej w stronę lodowca Ekologii, zastanawiając się czy przy jego lagunie będzie na tyle spokojnie aby przepłynąć na drugi brzeg. Nad naszymi głowami przelatuje stado kormoranów, to samo które mijaliśmy przy latarni. Lecą w sznurze, czyli jeden za drugim w kierunku Copy. Coraz to większe zaskoczenie rysuje się na naszych twarzach w miarę zbliżania się do lodowca. Towarzyszy temu zdziwieniu jedno ważne pytanie:
- Gdzie są łódki?
Kilka kolejnych kroków, po których dociera do mnie to co widzę. Na plaży leży wiosło, kawałek dalej drugie. Staje się dla nas pewnym co stało się z kanu i "śmiercią w Wenecji". Przez lornetkę szukam jeszcze na drugim brzegu oznak obecności którejś z łodzi i znajduję leżącą na brzegu drugą parę wioseł. Łodzie prawdopodobnie poszły na dno przy ostatnich silnych wiatrach i sztormach.


            Postanawiamy jeszcze podejść pod czoło lodowca z nadzieją, że może podmuchy wiatru przeniosły łodzie tam i dryfują one sobie gdzieś przy Ekologii. Bezskuteczne są jednak nasze poszukiwania, po łodziach wieści zaginęły. Spoczywają zapewne teraz gdzieś na dnie zatoki. Wywołuję bazę i przekazuję informację o braku floty pływającej, słysząc w odpowiedzi, iż zodiak za chwilę będzie na wodzie i mogą nas przerzucić na drugi brzeg. Komunikuję że jest duży przybój  i może być problem, ale spróbujemy. Osobiście nie do końca przemawia za mną ten pomysł, nawet jeśli wysadzą nas na Copie nie zdążymy zrobić liczenia na całym odcinku chronionym. Jeśli nie zdążymy to nie wrócimy zodiakiem do stacji, a piechotą także nie bo przecież łodzie do pokonania laguny Ekologii leżą prawdopodobnie gdzieś na jej dnie. Zostanie w domku na Demeyu może i nie jest złym pomysłem, gdyby nie fakt, że wieczorem ma popsuć się pogoda.
Jeśli zacznie wiać tak jak to zapowiadają najbliższy możliwy powrót w przyszłym tygodniu. Spędzenie Świąt Wielkiej Nocy na Demeyu brzmi kusząco, jednak wolał bym kontemplować Zmartwychwstanie w zaciszu stacji. Ewa ma dużo większe ciśnienie na dzisiejsze liczenie płetw i nie mogę się temu dziwić. Jest głównym mognitoringowcem, odpowiedzialnym za to aby wszystko zostało wykonane zgodnie z metodyką. Poprzedni monitoring musieliśmy przerwać w połowie, ponieważ pogoda mocno się zmieniła i uniemożliwiła jego kontynuację. Dlatego dziś tak ogromne parcie na jego wykonanie. Szukamy wspólnie wyjścia z tej sytuacji. Zodiak dopływa do nas i szczęśliwie dobija do brzegu, rozmawiamy z Bartkiem ubierając hanseny jednocześnie. Wpadł mi do głowy świetny z mego punktu widzenia pomysł.
- Ewa! Podzielmy transekt na dwa odcinki, co Ty na to?
Ewa kręci głową mówiąc, że ona nie da rady w około 3 godziny przejść odcinka z Demeya do Patelni i wrócić na Baranowskiego. Trzeba przyznać, że niezła to pętla do zatoczenia w terenie, a czasu niewiele. Uznaje jednak, że jest to możliwe do realizacji i co więcej, to jedyna możliwość by zrobić całe liczenie.

Czoło Lodowca Ekologii od strony stacji.

Załadowaliśmy się na zodiaka i popłynęliśmy w kierunku Copy. Miejsce gdzie zazwyczaj lądujemy łodzią jest mocno osłonięte skałkami, dzięki temu zazwyczaj nie ma problemu z podejście do brzegu nawet przy gorszej pogodzie. Zodiak dobija do brzegu, ja i Sławek wyskakujemy i trzymamy łódź. Następnie wychodzi Ewa i kieruje się na suchy ląd. Fale okazują się dość duże i postanawiamy na moment odpłynąć, a gdy Ewa zdejmie hansena podpłyniemy go odebrać. Kiedy odpływamy od brzegu Bartek spogląda na mnie i mówi:
- Jeśli nawet tu jest przybój, to naprawdę jest już źle.
- Oj tak, zgadzam się – odpowiedziałem.
Po kilku chwilach odbieramy spakowany w worek kostium i ruszamy dalej w Zatokę Admiralicji.

Laguna przed Lodowcem Ekologii

            Faktycznie do zatoki wchodzą fale z oceanu, będąc na zodiaku widać to doskonale. Pokonujemy fale jedna za drugą, bez wiary w to że uda się wylądować przy Baranowskim. Powoli wpływamy w niewielką zatoczkę, badamy możliwości dobicia do brzegu, wielkość i kierunek fal. Będąc coraz bliżej brzegu wydaje się, że będzie dobrze. Przybój nie wydaje się być duży, zrobimy szybką akcję i powinno się udać. Worki ze sprzętem przygotowane, wyskakuje Bartek i chwyta jeden z nich. W tym samym momencie wyskakuje ja, by przytrzymać zodiaka, pomaga mi Sławek. Gosia z drugim workiem też już wychodzi na ląd, więc możemy się wycofywać.
Sławek wskakuje do środka łodzi, którą miota kolejna fala przybojowa. Wypycham maszynę na głębszą wodę, by łatwiej było opuścić silnik. Kiedy nie czuję już gruntu pod stopami wskakuję na dziób zodiaka, lecz nie wchodzę jeszcze do środka. W tym momencie widzę kolejną dużą falę zbliżającą się do brzegu. Jestem gotów próbować wyhamować zodiaka gdy fala nim rzuci. Widzę jak rufa unosi się na fali wysoko ponad dziób. To nie tak miało być – szybko przebiega mi przez głowę gdy cały zodiak ląduje na brzegu. W pośpiechu ponownie go wypycham, tym razem sprawnie odchodzimy na silniku od brzegu. Kolejna nie łatwa, ale zakończona sukcesem akcja.

Paradise Cove z domkiem na Demay.

Płyniemy dalej w stronę Demeya. Równie wysokie jak wcześniej oceaniczne fale sternik próbuje ugłaskać płynącą maszyną. Na wodzie stado petrelcy i mew żerujących zapewne na jakiejś padlinie. Gdyby pogoda była lepsza można by podpłynąć do nich, ale w tych warunkach szkoda czasu i energii. Zbliżamy się do zatoczki Paradise Cove, Seba pyta czy jest sens płynąć na Patelnię?
Już dawno założyłem, że tak owego sensu nie ma. Stracimy przecież około godziny w obu kierunkach a i tak tam na plaży nie wylądujemy.
- Płyniemy na Demey! - krzyknąłem do Sebastiana.
Lądowanie spokojne w zatoczce przy domku. Zazwyczaj dobicie tu do brzegu nie sprawia problemów Może poza jedną akcją, kiedy to z Jakubasami i Anne zostaliśmy w domku na dłużej, bo zodiak nie mógł nas podjąć na pokład, takie wtedy biły fale o brzeg. Ale nie narzekam, warto było wtedy utknąć i był to bardzo dobry czas. Dziś spokojnie mogłem wysiąść z zodiaka, zdjąć hansena i w dalszą drogę ruszyć piechotą. Szybkie spojrzenie na zegarek, była godzina 11:20. Dobry czas by zacząć liczenie, ale trzeba będzie szybko przebierać nogami aby zdążyć przejść cały odcinek. Ślisko tu jak i przy stacji, nie ułatwia to zadania. W zamian niewiele zwierząt na plaży, odcinek przy domku liczę sprawnie, gdyż leży na nim zaledwie kilka uchatek. Ruszam dalej na kolejne odcinki monitoringu.


Kończąc liczenie na odcinku zwanym Uchatka schodzę z niewielkiego wzniesienia w stronę Blue Dyke I. Nagle bum! Leżę. Pierwszy upadek, choć trochę próbowałem go skontrolować, nie udało się. Prawy łokieć boli, trudno na szczęście tylko lekko uderzony. Podnoszę się i stawiam kolejne kroki po oblodzonych, niestabilnych kamieniach. Tym razem już bez upadku docieram na plażę. Ruszam dalej i liczę kolejne odcinki. Przejście pomiędzy Blue Dyke I a II to kolejne niewielkie wzniesienie do pokonania. Stąpam ostrożnie po zmarzniętych kamieniach. Bezskutecznie. Bum! Kolejny upadek, ponownie na prawy łokieć. Niech to kamień ściśnie! Trudno, upadł to upadł, po co drążyć temat, Przekomarzam się z samym sobą w duchu, wykorzystując słowa często używane w formie żartu na stacji.Wstaję i ruszam dalej na trzeci, ostatni z Blue Dyków. Przez ostatnie monitoringi było to miejsce z licznymi słoniami morskimi, ale nie dziś. Przy skałach gdzie jeszcze niedawno leżało blisko 60 słoni, obecnie jest ich zaledwie trzynaście. Wokół nich pozostała jedna wielka brązowo-szara plama ziemi i odchodów. Uchatek także nie za wiele, myślę że to nawet dobrze, bo przecież czas goni. Tym razem na plaży jest stabilnie, brak lodu nieco mnie zaskoczył. Może to jakiś mikroklimat tego miejsca? Nie wiem, ale bez problemów wspinam się na wzniesienie ponad plażę.


Słonie morskie na Blue Dyke III
            Z tego miejsca już tylko w górę pod Głowę Cukru, a tam dopiero zacznie się zabawa. Idąc widzę delikatnie polukrowane śniegiem szczyty wokoło, pięknie to wygląda, choć lód pod nogami w tym miejscu to przesada. Pokonuję ten odcinek średnio co 10 dni, w sezonie robiłem to nawet częściej. A pomimo to nie mogę wyjść za każdym razem z zachwytu nad całą okolicą i zmieniającym się otoczeniem. Wystarczy odrobina śniegu by świat wokół wyglądał już inaczej, choć nadal bajkowo.
Docieram pod Sugar Mound, stąd już prosta droga w dół na Rondel i Patelnię. Biorę pod uwagę, że nie dość iż droga w dół, to jeszcze pokryta lodem. Nie wróży to niczego dobrego.
 O dziwo dość swobodnie i bez wywrotki docieram na Rondel, mijam go i ruszam na ostatni odcinek zwany Patelnią. Rondel policzę wracając, będzie prościej. Na ostatnim odcinku niewiele uchatek. Przypominając sobie szczyt ich liczebności, gdy chodziło się tu jak po polu minowym aż trudno uwierzyć że tyle ich ubyło. Przybyło za to słoni, głównie dużych, dorosłych samców. Śmiem przypuszczać, że część z nich przeniosła się tu z Blue Dyke III. Oprócz słoni i uchatek na plaży leniwie wyleguje się foka Weddella. Mijam ją z daleka by nie przeszkadzać w śnie. Fale przybojowe na tym odcinku plaży są jeszcze wyższe niż przy Ekologii, miewają dobrze ponad 3 metry. Porównując to z okolicami stacji można uznać, że tam jest naprawdę spokojnie.
Uporawszy się z policzeniem całego towarzystwa ruszam w drogę powrotną. Na rondlu zaledwie kilka uchatek i słoni. Udało się! Policzone! Teraz trzeba wrócić, czyli ponownie w górę pod Głowę Cukru. Wzniesienie pokonuję bez większych problemów, pomimo iż jest dość stromo. Prawdopodobnie ekspozycja zbocza sprawia iż nasłonecznienie roztopiło warstwę lodu. Dzięki temu podczas wędrówki ku szczytowi nie obawiałem się o zjazd w dół, czy ponowne uderzenie z impetem w podłożę. 

Widok z Patelni na Głowę Cukru.

            Na szczycie skręcam w lewo, zawsze pokonujemy tę trasę w ten sposób gdy idziemy bezpośrednio pod lodowiec Baranowskiego. Aby nie tracić niepotrzebnie wysokości a co za tym idzie energii jest to najlepsza droga. Ruszam więc i pokonuję wydawać by się mogło najprostszy odcinek całej zaplanowanej trasy. Bum! Leżę. Wstaję. Robię dwa kroki i bum! Kolejny upadek. Nie zrażam się, wstaję i idę. Bum! Ponownie leżę. Ok, chyba jednak na czworaka będzie prościej. Włączam bieg 4x4 i następne kilkanaście metrów pokonuję właśnie w taki sposób. Podnoszę się i ruszam dalej, bez problemów już docierając na przełęcz między Demayem a Baranowskim.
Próbuję z tego miejsca wywołać gruziarzy za pomocą radia. Celem jest ustalenie dalszego kierunku wędrówki. Bez sensu było by zejść ze szczytu w którąś ze stron po to tylko, by później znów się wspinać. Na radiu cisza, żaden z gruzowników nie odpowiada. Po kilku kolejnych próbach wywołania słyszę głos Marka, który jest na stacji
- Damian, Damian, Arctowski
- Arctowski, Damian
- Czy zodiak się z tobą kontaktował?
- Nie. Próbuję wywołać gruzowników, by dowiedzieć się gdzie mam iść.
- A gdzie jesteś?
- Przełęcz między Demayem, a Baranowskim
- Poczekaj chwilę, wywołam ich i potwierdzę, ale chyba Demay
- Ok, czekam na 12 (kanał rozmowy)

Widok z Głowy Cukru na Patelnię.

            Po chwili Marek potwierdza bym kierował się do Paradise Cove, gdyż pod Block Point (Baranowski) zbyt duży przybój aby mnie odebrać. Dla mnie lepiej, pod domek mam 10 minut drogi, na plaże pod Baranowskiego około 30 minut.
Tylko znów ten lód pod nogami. A na zejściu stromo dość. Robię kilka kroków, badam możliwości, lecz nie czuję stabilności pod stopami. Postanawiam kilkanaście metrów w dół zjechać na tyłku, będzie szybciej i bezpieczniej. A nie ukrywam, że mam także z tego nieco frajdy.
Następnie docieram do strumienia i wzdłuż niego ruszam w kierunku plaży. Wiadomo, gdzie strumień tam mniej stromo, a że wciąż płynie w nim woda to i o lód pod stopami się martwić nie muszę. Zgrywam się idealnie z zodiakiem, który dobija do brzegu w momencie mojego wejścia na plażę. Jeszcze tylko szybkie spojrzenie na zegarek w aparacie. Godzina 14:21, równo 3 godziny na całą trasę. Pięknie, choć chyba jutro mocno to odczuję. Zakładam hansena i wsiadam do zodiaka. Łapię się za linki w łodzi i zamieniam kilka słów z chłopakami, po czym Seba pyta:
- Gotów?
- Tak
- Dobrze, bo będzie się działo
- Domyślam się!
Ruszamy i dzieje się faktycznie dużo. Zodiakiem rzuca na wszystkie strony. Nie są to największe fale na jakich pływaliśmy, ale i te w zupełności wystarczą. Co jakiś czas miałem wrażenie, że my bardziej lecimy niż płyniemy. Siedziałem jak zwykle na dziobie, więc już dawno przywykłem do tego wrażenia, gdyż przód maszyny unosi się lekko nad wodą.
Jednak gdy spojrzałem w lewo w stronę rufy zrozumiałem, że faktycznie czasem wręcz lecimy. Momętami z nadejściem fal rucha zodiaka znajduje się dużo poniżej dziobu.
- To się dzieje – pomyślałem wtedy.
W takich warunkach dopłynęliśmy na Cope, skąd zabieraliśmy resztę ekipy. Usłyszałem, że Ewa znalazła "Śmierć w Wenecji". Łódka targana wiatrem wylądowała w niewielkim bajorze przy lagunie od strony Copy i tam została. Panowie ruszyli aby ją wyciągnąć z jeziorka. Dość sfatygowaną łódkę przywiązaliśmy do zodiaka, a następnie zholowaliśmy do bazy. W trakcie płynięcia w kierunku Arctowskiego Bartek zapytał:
- Jak tam na Demayu?
- Mam wrażenie, że najlepiej spośród wszystkich miejsc. W miarę spokojnie. na Patelni natomiast fale po 3 metry.
-Dzieje się!
Paradise Cove, widok z przełęczy na wzniesieniu Demay.

Wracamy do bazy wprost na nieco opóźniony obiad.




Komentarze