Wspomina się potrawy smaczne lub te, które zostały na żołądku.
Aleksander Kumor
Ostatnio było o wodzie na stacji, ale przecież nie tylko wodą człowiek żyje.
Wielokrotnie znajomi mnie pytają skąd bierzemy jedzenie?
Odpowiedź jest dość prosta, głównie z Polski, częściowo także z Argentyny.
Większość produktów żywnościowych przyjeżdża, a raczej przypływa na stację wraz ze zmiana ekipy statkiem. Tysiące paczek w trakcie rozładunku trafiają najpierw do hali, a następnie już pojedynczo do chłodni i magazynów.
Oczywiście nie mamy tylu rzeczy, aby spełnić każdą
zachciankę. Ale w większości wystarcza produktów na przetrwanie kolejnego roku,
a w tym czasie człowiek przekonuje się jak niewiele mu potrzeba do normalnego
funkcjonowania. Problemem są świeże owoce i warzywa, ponieważ te przywiezione w
październiku szybko się kończą. Kolejną, a jednocześnie ostatnią dostawę
świeżości mamy wraz z pożegnaniem grupy letników. Więc początek zimowania
upływa pod postacią posiłków mocno warzywnych. Wiadomo, lepiej zjeść niż miało
by się zepsuć. I uwierzcie mi na słowo, jeśli nie byliście w takiej sytuacji.
Smak pomidora czy ogórka po kilku miesiącach ich nie jedzenia jest czyść
wspaniałym, a sama konsumpcja to czysta radość. Niestety i to szybko się
kończy, więc kilka kolejnych miesięcy pozostaniemy bez takich rarytasów. Z
warzyw zostały nam ziemniaki, cebula, trochę marchwi i czosnku. Z owoców już
tylko resztka jabłek i pomarańczy. Ale nie jest źle, dajemy radę sobie i z tymi
niedogodnościami, jak z resztą 40 poprzednich wypraw.
Mamy przecież jeszcze mrożonki. Wiadomo, że to nie to samo co świeże produkty, ale jak to powiadają, jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.
A z innych produktów żywnościowych to cóż, nie mamy powodów do narzekań. Wciąż mamy ich pod dostatkiem i mimo wszystko dyżury w kuchni można urozmaicać. Liczymy obecnie i ograniczamy spożycie oleju i mąki pszennej, bo nikt do końca nie wie jak się to wydarzyło, ale tych produktów mamy niewiele w zapasie. Tylko, że spożycie chleba i ogólnie posiłków też w ekipie zmalało. Więc wszystko się wyrównuje.
Mamy przecież jeszcze mrożonki. Wiadomo, że to nie to samo co świeże produkty, ale jak to powiadają, jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.
A z innych produktów żywnościowych to cóż, nie mamy powodów do narzekań. Wciąż mamy ich pod dostatkiem i mimo wszystko dyżury w kuchni można urozmaicać. Liczymy obecnie i ograniczamy spożycie oleju i mąki pszennej, bo nikt do końca nie wie jak się to wydarzyło, ale tych produktów mamy niewiele w zapasie. Tylko, że spożycie chleba i ogólnie posiłków też w ekipie zmalało. Więc wszystko się wyrównuje.
A co do chleba właśnie, gdyż często podają pytania o pieczywo. Codziennie przygotowujemy chleb w specjalnych maszynach do tego celu przeznaczonych. Nie jest to szczyt kulinarnego smaku pieczywa, ale do przetrwania wystarczy. Czasem spróbujemy upiec chleb z zakwasu, ale jeszcze nie opanowaliśmy tej sztuki do perfekcji i wychodzi różnie.
Jeśli macie jakieś chlebowe proste przepisy, to chętnie przygarniemy. Możecie się nimi podzielić pisząc na maila: oczyantarktyki@gmail.com.
Tylko podkreślam, że przepis musi być w miarę prosty, tak by mogło go ogarnąć kilkoro polarników, a nie zawodowi kucharze.
Obiecuję że jeśli przepisy napłyną, postaramy się coś upiec, a efektem podzielę się z wami na blogu.
Magazyny suche mieszczą się w budynku głównym, tzw. samolocie. W nich przechowujemy większość produktów żywnościowych, mając możliwość sięgania po nie w każdym momencie wedle potrzeby. Prócz tego magazynu posiadamy także 2 obiekty zewnętrzne. Jeden z nich to magazyny +4st C, gdzie przechowujemy owoce i warzywa, jajka, oraz mleko. Kolejny to chłodnia -20st C, w której znajdują się mrożonki, nabiał, ryby, mrożone owoce i warzywa, a także mięso i wędliny. Przed dyżurem każdy zabiera torbę i idzie na "zakupy", czyli właśnie do chłodni po odpowiednie produkty. Z reguły takie wyjście nie stanowi problemu, jednak w dni gdzie wieje ok 150-200km/h warto zabrać pomoc, gdyż z przejścia kilkudziesięciu metrów robi się cała polarna ekspedycja. Samemu trudno wtedy zabrać się z produktami jednocześnie utrzymując drzwi od magazynów i samego siebie na nogach. Każdy polarnik zdążył się o tym przekonać.
Na szczęście nie zdarza się to częściej, niż obecnie kilka razy w tygodniu.
Ach i nie był bym sobą, gdybym nie dodał, że wśród tych wszystkich produktów znajdzie się miejsce na "małe co nie co" jak to mawiał Kubuś Puchatek. Przykładowo lody i koktajl truskawkowy w trakcie tworzenia tegoż wpisu.






Komentarze
Prześlij komentarz